środa, 12 marca 2014

6 głównych źródeł tłuszczów trans !!!

Tłuszcze trans, czyli utwardzone tłuszcze roślinne, są tak niebezpiecznie dla naszego zdrowia, że wielu lekarzy i dietetyków bez ogródek nazywa je nawet śmiertelnie groźnymi. Oczywiście same tłuszcze roślinne nie są niezdrowe, ale proces ich utwardzania powoduje, że zmieniają się w jednego w największych wrogów człowieka. Tłuszcze trans podnoszą poziom złego cholesterolu we krwi, wpływając jednocześnie na obniżenie poziomu dobrego cholesterolu. A to zwiększa ryzyko chorób serca, cukrzycy i poważnie osłabia system odpornościowy. Jak ustrzec się spożywania złych tłuszczów? Ograniczyć spożycie produktów, które je zawierają.

Wszystko, co smażone


Tłuszcze trans powstały w latach 50-tych. To wtedy znany wszystkim olej roślinny zaczęto wzbogacać o cząsteczki wodoru i poddawać działaniu bardzo wysokiej temperatury. Z połączonych cząsteczek oleju i wodoru powstał uwodorniony kwas tłuszczowy. Od razu stał się hitem w restauracjach i barach, bo nie dość, że był tańszy niż np. masło, to jeszcze miał bardzo długi okres przydatności do spożycia (i tak jest do dziś). Efekt? Nie tylko można go kupić w dużych ilościach i składować bez obawy o zepsucie, ale jeszcze nadaje się do wielokrotnego użycia. Jeśli więc czasem, jedząc na mieście, mamy wrażenie, że coś było smażone na tzw. "starym tłuszczu”, niemal na pewno były to właśnie tłuszcze trans. Jak się przed nimi ustrzec? Nie zamawiaj niczego, co jest smażone lub panierowane. Wybieraj potrawy pieczone lub grillowane i staraj się przygotowywać takie we własnej kuchni. 

Ciasta, ciastka, słodycze 



Choć wiele znanych i renomowanych cukierni i restauracji usunęło tłuszcze trans z serwowanych przez siebie wypieków,nadal w zatrważająco dużych ilościach można je spotkać w marketach i sklepach spożywczych. Utwardzony olej roślinny, ze względu na to, że jest tani, pozostaje jednym z podstawowych składników spożywczych. W ciastkach, biszkoptach i herbatnikach znajdziemy od 1 do 28 proc. tłuszczów trans. W ciastach drożdżowych może ich być aż 32 proc. Są także w krakersach, batonach, nadziewanych masą tłuszczową ciastkach, wyrobach z kremem, słodkich rurkach, chrupkach, chipsach, popcornie, a nawet zupkach w proszku. 

Margaryna


Jakiś czas temu sugerowano, że margaryna jest zdrowsza od masła, ponieważ zawiera oleje roślinne a nie tłuszcze zwierzęce. Tyle tylko, że dla utrzymania stałej (twardej) postaci margaryny, wielu producentów wykorzystuje tłuszcze trans. Margaryny twarde, kupowane w kostkach, mogą zawierać nawet do 56 proc. złych tłuszczów. W margarynach miękkich, kubkowych, jest ich od 0 do 20 proc. Miksy składające się z masła i margaryny zawierają od 2,4 do 14,8 proc. tłuszczów trans. Jeśli już musimy kupować margaryny, należy wybierać te o jak najbardziej miękkiej, wręcz mazistej konsystencji. Uważajmy też na wypieki domowe, które wymagają dodawania margaryny w kostkach. Zdecydowanie lepiej jest wybrać takie, które nie zawierają jej w ogóle. 

Chipsy, chrupki, słone przekąski


Podobnie jak w przypadku słodyczy, najgroźniejsze są te o długiej dacie przydatności do spożycia. Chipsy, chrupki, paluszki, krakersy i wszelkie inne słone przekąski mają wielu zwolenników, ponieważ wybornie smakują, a do tego świetnie chrupią. Zła wiadomość jest taka, że obie cechy (smak i chrupkość) zawdzięczają właśnie tłuszczom trans (im bardziej chrupiący chips lub krakers, tym więcej złych tłuszczów zawiera). Problem polega na tym, że w krajach Unii Europejskiej, w tym w Polsce, nie ma obowiązku podawania na opakowaniach ilości zawartych tłuszczów trans. Nie ma nawet uregulowań wprowadzających ograniczenia ich zawartości w gotowych produktach. Warto jednak wiedzieć, że niska, bezpieczna zawartość złych tłuszczów oznacza, że stanowią one nie więcej niż 1,5 g na każde 100 g produktu. Ich dopuszczalny poziom to 10 proc. wszystkich tłuszczów zawartych w produkcie. 

Jedzenie typu fast food


Bezpieczne dzienne spożycie kwasów tłuszczowych typu trans nie powinno przekraczać 2 gram w diecie, która zawiera
2000 kcal. W Polsce spożycie złych tłuszczów wynosi 2,8-6,9 g dziennie. Oznacza to, że większość z nas codziennie przekracza dopuszczalne normy nawet kilkukrotnie. Czasem robimy to nieświadomie, np. zamawiając w restauracjach typu fast food frytki, które wydają nam się najzdrowsze. Niestety tak nie jest. Frytki są smażone na wielokrotnie używanym oleju i zawierają od 12 do 35 proc. tłuszczów trans. Wartość ta może się bardzo różnić nawet w obrębie jednej sieci. Jakiś czas temu ujawniono, że we frytkach sprzedawanych w latach 2004-2006 w restauracjach McDonald’s w Nowym Jorku, tłuszcze trans stanowiły 23 proc., w Polsce 18 proc. a w Danii tylko 0,8 proc. Dania jest pierwszym europejskim krajem, który w 2003 roku wprowadził ograniczenia dotyczące zawartości złych tłuszczów w sprzedawanych produktach.

Gotowe kanapki śniadaniowe


Każdy, kto choć trochę dba o własne zdrowie wie, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia. Co jednak w sytuacji, kiedy bardzo się spieszymy i nie mamy czasu przygotować czegoś w domu? Idealnym wyjściem wydają się gotowe, szczelnie zapakowane kanapki dostępne w sklepach, kawiarniach, piekarniach i ciastkarniach. Nic bardziej mylnego. Niektóre z nich zawierają bardzo dużo niezdrowych tłuszczów trans. Nie lepszym wyjściem jest zjedzenie drożdżówki czy reklamowanego jako zdrowy batonika zbożowego. Dlaczego? Bo zawierają tłuszcze trans…
Czy to znaczy, że są one obecne wszędzie? Nie. Generalna zasada jest taka: im mniej produkt przetworzony, tym zdrowszy. Zamiast więc wybierać śmietankę do kawy w proszku, kup tę w płynie lub zastąp ją mlekiem. Zrezygnuj z wszystkich dań typu instant, a w sklepie uważnie sprawdzaj etykiety i unikaj produktów, które zawierają określenia: uwodorniony, częściowo uwodorniony, utwardzony. Uważaj również na te, które obiecują, że nie zawierają cholesterolu i/lub tłuszczy zwierzęcych. Niewykluczone, że zostały one zastąpione utwardzonymi olejami roślinnymi.

Po co nam siarka ?

Siarka to jeden z najbardziej niedocenianych pierwiastków, choć odgrywa ogromną rolę w organizmie i wpływa na jego prawidłowe funkcjonowanie.  Od odpowiedniej dawki siarki zależy nie tylko nasze zdrowie, ale także… uroda, ponieważ ten składnik mineralny wpływa na stan skóry czy włosów. Jego niedobory powodują wiele dolegliwości.

Siarka od wieków budziła zainteresowanie człowieka, wzmianki o niej wielokrotnie pojawiają się w Biblii czy dziełach starożytnych pisarzy. Początkowo doceniano przede wszystkim jej właściwości zapalne, ale szybko odkryto również korzystny wpływ na zdrowie i urodę. Dawni uzdrowiciele dymem ze spalonej siarki okadzali ciała osób z problemami skórnymi, a żółte grudki dodawano do mikstur pielęgnujących skórę używanych przez bogate mieszkanki Rzymu.

Uczestnik ważnych procesów

Współczesna nauka umieściła siarkę na piątym miejscu w hierarchii substancji mineralnych niezbędnych dla człowieka. Dziś wiemy, że ten pierwiastek wchodzi w skład każdej komórki naszego organizmu i wpływa na prawidłowe jego funkcjonowanie. Uczestnicząc w uwalnianiu energii z białek, węglowodanów i tłuszczy, wspomaga procesy energetyczne organizmu. Siarkę znajdziemy m.in. w kwasie glutaminowym (niezbędny dla układu nerwowego i mózgu), heparynie (związek chemiczny obniżający ciśnienie krwi), insulinie (hormon regulujący poziom cukru we krwi) czy dwóch ważnych aminokwasach: metioninie (odgrywa ważną rolę w przemianie materii) oraz cysteinie (jest podstawowym składnikiem keratyny, istotnej dla kondycji skóry i włosów).
Siarka pomaga także wątrobie w procesie odtruwania, działając jak filtr oczyszczający organizm z toksyn i zanieczyszczeń. Pozytywnie wpływa na układ pokarmowy oraz dba o wzrok (chroni oczy przed zaćmą). Reguluje elastyczność ścian tętnic. Pobudza do działania niektóre enzymy i reguluje proces krzepnięcia krwi. 
Prawie 75% siarki zatrzymanej w organizmie jest utleniane do siarczanów i wydalane, przede wszystkim z moczem. Niedobór tego pierwiastka może być efektem niewłaściwej diety lub problemów ze zdrowiem, spowodowanych np. uszkodzeniem wątroby, reumatoidalnym zapaleniem stawów, nowotworem, chorobą wieńcową czy zawałem mięśnia sercowego. 
Brak siarki w organizmie wywołuje wiele dolegliwości. Jednym z najbardziej widocznych objawów niedoboru jest ciemny pierścień na brzegu tęczówki oka. Niekiedy pojawia się też łuszczyca. Włosy twardnieją i wypadają, skóra traci jędrność i blednie, a paznokcie zaczynają się łamać. Niedobór siarki wpływa również na nasze samopoczucie – odczuwamy niepokój i zmęczenie, mamy kłopoty ze wzrokiem i dolegliwości stawowe. 
Trudno przyswajalne stają się wówczas także inne potrzebne minerały np.: magnez, krzem, sód, mangan, wapń, żelazo, chlor, jod i potas. Powoduje to osłabienie metabolizmu, głównie tłuszczów, białek i cukru.

Produkty bogate w siarkę

Głównym źródłem pierwiastka w organizmie są dwa aminokwasy: metionina i cysteina, które muszą być pobierane z pożywienia, przede wszystkim: mięsa, jaj, serów, ryb, produktów zbożowych (płatki owsiane, otręby pszenne, ciemne pieczywo), warzyw (czosnek, pietruszka, soczewica, fasola, seler, kapusta, cebula, rzepa, brukselka) i owoców (morele, awokado i truskawki).

Lecznicza kąpiel

Siarka jest nie tylko niezbędnym składnikiem organizmu, ale wykazuje też fantastyczne właściwości lecznicze. Od wieków cenione są kąpiele w siarczkowych wodach mineralnych, których źródła biją w wielu polskich uzdrowiskach, np. Busku-Zdroju, Krzeszowicach, Lądku-Zdroju, Przerzeczynie, Zakopanem lub Koszutach. Liczne badania wykazały ich skuteczność w leczeniu artretyzmu, reumatyzmu, miażdżycy naczyń, dny moczanowej, nadciśnienia czy cukrzycy. 
Siarkowe kąpiele także świetnie wpływają na skórę, regenerując naskórek i opóźniając procesy starzenia. Sprawdzają się również w leczeniu łuszczycy, wyprysku łojotokowego albo atopowego zapalenia skóry. 
Na rynku nie brakuje suplementów diety i kosmetyków, w składzie których znajduje się siarka. W aptece możemy kupić ją niekiedy w postaci żółtego proszku, nadającego się do przygotowania domowego preparatu leczącego trądzik. 
Pomocne bywają również związki siarki (na przykład siarczan sodowy służy do walki z łupieżem, smaruje się nim podrażnioną skórę), choć niektóre mogą stać się niebezpieczne. Wdychanie siarkowodoru  wywołuje niemal natychmiastową śmierć. W przypadku średniego stężenia występuje duszność, trudności w oddychaniu, obrzęk płuc, zaburzenia równowagi, śpiączka, nadmierne łzawienie. Chronicznymi objawami zatrucia są zaburzenia wzroku.

czwartek, 6 marca 2014

Zdrowe przekąski.

Przekąska powinna być pożywna, smaczna i najlepiej niskokaloryczna. Zamiast po wafelka lepiej sięgnąć po coś zdrowego i znacznie mniej tuczącego. Oto moje propozycje.


Dwa jabłka

Znane przysłowie głosi: jedz jedno jabłko dziennie dla zdrowia. Przysłużymy się swojemu organizmowi jeszcze lepiej, jeśli w ciągu dnia spałaszujemy dwa jabłka. Śmiało możemy sobie na to pozwolić - małe jabłko (o wadze ok. 10 dag) ma zaledwie 36 kcal. Dwie sztuki to zatem niewiele ponad 70 kcal. Pamiętajmy, by jabłka nie obierać ze skórki, bo tuż pod nią znajduje się najwięcej witamin, a w niej samej obecny jest kwas ursolowy (ograniczający wchłanianie tłuszczu) oraz kwercetyna - silny antyoksydant, który chroni przed nowotworami, działa przeciwwirusowo i usprawnia pamięć.

Jajko na twardo

Jest smaczne, zasyca, można zjeść je samodzielnie albo potraktować jako dodatek do sałatki czy kanapki. Jedno średniej wielkości jajko ugotowane na twardo ma 70-80 kcal. Możemy je ewentualnie nieco posolić do smaku - najlepiej solą morską, która uchodzi za najzdrowszą. Zawiera selen, magnez, jod, lit i niewiele sodu. Badania dowiodły, że w krajach, gdzie dania doprawia się solą morską, mieszkańcy rzadziej chorują na miażdżycę. Jajko na twardo świetnie komponuje się z warzywami i ziołami (szczypiorkiem, koprem, pietruszką). Jeszcze mniej kalorii ma jajko w koszulce - wrzucone do gotującej się wody z dodatkiem octu (ok. 60-70 kcal). Można podać je np. na kromce razowego chleba (ok. 70 kcal).

Szklanka kiszonej kapusty

Jedzmy kiszonki! Kwaszona kapusta jest bogatym źródłem bakterii rozkładających cukry w kwas mlekowy, naturalnych przeciwutleniaczy, witamin (głównie E, K, z grupy B i C) oraz fitoncydów, które mają działanie bakterio- i grzybobójcze. Warto wiedzieć, że wykazuje również właściwości przeciwnowotworowe, oczyszczające organizm i wzmacniające odporność. Szklanka kiszonej kapusty ma jedynie 22 kcal! Jeśli chcemy, możemy zetrzeć do niej marchewkę (ta średniej wielkości to 10-15 kcal) i całość doprawić ziołami, np. kminkiem, koperkiem lub żurawiną.

Połówka grejpfruta 

Najzdrowsze są te czerwone. Zawierają dużą ilość witaminy C oraz naringiny - związku odpowiedzialnego za gorzki smak grejpfrutów. Naringina wykazuje szerokie działanie: przeciwzapalne, antyseptyczne, przeciwnowotworowe, obniżające wysoki cholesterol czy podkręcające tempo metabolizmu. Grejpfrut jest dobry na serce i sprzyja utrzymaniu szczupłej sylwetki. Z badań wynika, że częste spożywanie tych owoców stabilizuje poziom glukozy, co z kolei zapobiega zamienianiu jej nadmiaru w tłuszcz. W połowie tego cytrusa jest ok. 40 kcal. W 90 proc. owoc składa się z wody.

Trzy kostki gorzkiej czekolady

Nie powinniśmy jej sobie odmawiać, bo to zdrowa przekąska. Wykazuje wiele korzystnych właściwości - chroni przed nowotworem, opóźnia procesy starzenia, wpływa na koncentrację, usprawnia pamięć. Ciekawostką może być fakt, że gorzka czekolada zawiera więcej ochronnych antyoksydantów niż większość owoców! Naukowcy z uniwersytetu w Kopenhadze przekonują również, że gorzka czekolada pomaga schudnąć. W jednej kostce jest ok. 20-30 kcal. Im więcej zawiera ona kakao, tym lepiej. Najlepiej szukać czekolad, które mają go powyżej 70 proc.

Jogurt naturalny z musli

W zależności od producenta w 100 g jogurtu naturalnego jest zwykle 50-70 kcal. Na przekąskę wybierz kubeczek 150-gramowy i wsyp do niego łyżkę musli bez dodatku cukru, np. orkiszowego (36 kcal). Uwaga - szukaj jogurtu naturalnego o niskiej zawartości tłuszczu i bez dodatku cukru. Jogurt naturalny to również bardzo dobre źródło wapnia, witamin z grupy B i fosforu. Jedzony systematycznie uchroni nas przed chorobami układu pokarmowego i drożdżycą.

Twaróg z rzodkiewkami

W plastrze chudego twarogu jest ok. 30 kcal. Niewielka ilość kalorii to zresztą niejedyna zaleta tego produktu - twaróg to bardzo dobre źródło białka, wapnia, magnezu, potasu, fosforu i witamin (E, A, D). Twaróg świetnie pasuje do rzodkiewki - w 100 g mają one zaledwie 14 kcal. Możemy je zetrzeć albo pokroić w plasterki. Warto przy okazji pamiętać, że złym połączeniem jest twaróg z pomidorem. Ten drugi zawiera silne kwasy; jeśli połączymy go z białym serem, wapń wejdzie z nimi w reakcję i wytworzą się nierozpuszczalne, szkodliwe kryształki, które odkładają się w stawach.

Pięć ogórków kiszonych

Dlaczego pięć? Bo to ilość, jaką spokojnie się najemy - a do tego nie będziemy musieli przejmować się kaloriami. Jeden średniej wielkości ogórek kiszony ma tylko... 7 kcal. Ogórki mogą stanowić ponadto doskonały dodatek do surówek czy kanapek. Zawierają witaminy z grupy B i C, kwas mlekowy, potas, wapń, magnez i przeciwutleniacze. Wzmacniają zdrowie, chronią nas przed chorobami, zapobiegają odwodnieniu. Niskokaloryczne są też ogórki małosolne - ważący ok. 10 dag ma jedynie 11 kcal.

Tuńczyk w sosie własnym

Puszka ma nie więcej niż 100 kcal - a to bardzo zdrowa i sycąca przekąska. Tuńczyk zawiera kwasy tłuszczowe omega-3, białko, witaminy (A, E, D, PP, z grupy B). Obecne w nim składniki wzmacniają odporność, chronią przed schorzeniami serca, korzystnie wpływają na wygląd, wzmacniają układ kostny, działają przeciwzapalnie. Najlepiej wybrać tuńczyka w kawałkach - rozdrobiony będzie gorszej jakości. Pamiętajmy, że tuńczyk to również świetny dodatek do sałatek, makaronów, zapiekanek itp.

Szklanka borówek 

Taka ilość borówek amerykańskich ma ok. 80 kcal. Są smaczne i bardzo zdrowe. Doskonale wpływają na pracę mózgu i wzrok, obniżają wysokie ciśnienie, poprawiają wygląd skóry, chronią przed nowotworami, poprawiają funkcjonowanie układu pokarmowego, zapobiegają infekcjom dróg moczowych. Borówki amerykańskie uważa się za naturalny "eliksir młodości". Możemy zjeść je bezpośrednio albo wrzucić go jogurtu, owsianki itp. Borówki zmiksowane z jogurtem naturalnym stworzą pyszny i zdrowy koktajl. 

wtorek, 4 marca 2014

Sól - wróg czy sprzymierzeniec ?

Sól nie ma ostatnio dobrej prasy. Oskarża się ją o powodowanie nadciśnienia, otyłości i wielu innych dolegliwości. Jest w tym trochę prawdy i... sporo przesady. Sól jest niezbędna do życia, a skutki jej używania można zrównoważyć, niekoniecznie rezygnując z solenia.
1. Bez soli da się żyć
To nieprawda!
Zazwyczaj tak się o niej nie myśli, ale bez soli nie przeżyłbyś nawet kilku godzin. Twoje ciało nie potrafi wytwarzać soli, a bez soli komórki nie są w stanie funkcjonować. Między innymi dlatego lekarze zalecają zjadanie codziennie co najmniej 3,8 grama soli (to nieco więcej niż pół łyżeczki). 
Sól kuchenna to inaczej chlorek sodu i to właśnie sód jest tym elementem, którego nie może Ci zabraknąć. Sód jest elektrolitem, czyli należy do tej słynnej grupy substancji, bez których Twoje mięśnie nie wiedziałyby, kiedy się kurczyć. Dlatego w każdym napoju sportowym znajdziesz dodatek sodu.
Sód jest wydalany z organizmu z potem i moczem, a jeśli nie uzupełnisz poziomu sodu i wody, ciśnienie krwi może Ci się obniżyć na tyle, że poczujesz zawroty głowy. Dlatego odwodnienie potrafi być groźne. Ale groźne może być też przewodnienie, czyli nadmiar wody. Sód działa trochę jak gąbka, zatrzymując wodę w organizmie. Jeśli będziesz pił za dużo wody, możesz w końcu tak rozcieńczyć sód, że doprowadzisz do hiponetremii, czyli niedoboru sodu. Zdarza się to np. amatorskim biegaczom, którzy słyszeli, że nie można dopuścić do odwodnienia, ale zapomnieli o zasadzie, że co za dużo, to niezdrowo.
2. Lepiej odstawić solniczkę
To nieprawda!
Prawdę mówiąc, to, ile solisz, o ile nie sypiesz soli maniakalnie dużo, nie ma większego znaczenia dla Twojego zdrowia. Większość sodu, który dociera do Twojego organizmu, pochodzi nie z solniczki, tylko z zupełnie innych źródeł.
Bardzo duże ilości sodu są w wędlinach, gotowych sosach, w ketchupie, sporo jest w margarynach i pieczywie, a niewielkie ilości są też w niektórych słodyczach, a nawet w lodach. Jeśli więc chcesz ograniczyć ilość soli, zamiast zatykać połowę dziurek w solniczce, jedz mniej wędlin i gotowych produktów.
3. Sol poprawia nastrój
To prawda!
Uczonym udało sie wykazać, że szczury, które miały niski poziom sodu, traciły zainteresowanie aktywnościami, które zazwyczaj sprawiały im przyjemność, co w przełożeniu na ludzkie zachowania jest równoważne depresji.
To odkrycie pozwoliło sformułować hipotezę, że sól działa antydepresyjnie i że jesteśmy od niej uzależnieni. Jednym z objawów uzależnienia jest bowiem brak umiejętności rezygnacji z jakiegoś zachowania, nawet gdy jesteś przekonany, że to zachowanie Ci szkodzi. Próbowałeś kiedyś solić mniej?
4. Możesz obniżyć ciśnienie rodzynkami
To prawda!
W organizmie człowieka bardzo dużo zależy od równowagi i z utrzymaniem jej mamy zwykle największy problem (np. za dużo jemy i za mało się ruszamy - brzmi znajomo?). W przypadku sodu chodzi o to, by ilość sodu na zewnątrz komórki była zrównoważona ilością potasu w jej wnętrzu.
zwiększenie dostaw potasu jest równie skutecznym sposobem obniżenia ciśnienia, jak ograniczenie dostaw sodu (czyli soli). Wartość ciśnienia krwi zależy w większym stopniu od proporcji sodu do potasu niż od tego, ile każdej z tych substancji dostarczasz sobie z pożywieniem.
Problem w tym, że produkty, które zawierają dużo potasu, czyli warzywa i owoce, często są spożywane w towarzystwie mocno solonych dodatków. Np. ziemniaki zawierają dużo potasu, ale jeśli jesz ziemniaki w postaci obficie posypanych solą frytek, bilans wychodzi co najwyżej na zero. Jeśli więc chcesz zadbać o swój układ krwionośny, pamiętaj o równowadze. Doskonałym źródłem potasu są banany i rodzynki. Mają też tę zaletę, że zazwyczaj podaje się je bez soli.
5. Musisz uważać na każdy gram soli
To nieprawda!
Niekoniecznie. Jeśłi masz nadciśnienie, prawdopodobnie usłyszałeś, że powinieneś mniej solić. I to się zgadza. Skoro sól zatrzymuje wodę w organizmie, to serce musi pracować mocniej, żeby przecisnąć krew przez "spuchnięte" od wody tkanki, a więc ciśnienie rośnie. Jeżeli ciśnienie już wcześniej było za wysokie, to podnoszenie go dodatkowo jest niewskazane.
Ale jeśli ciśnienie masz w normie, nie musisz się obawiać soli. Nie znam żadnych badań, które udowodniłyby, że ludzie z normalnym ciśnieniem krwi powinni ograniczyć ilość spożywanego sodu. Co więcej, gwałtowna redukcja dostaw sodu może mieć niekorzystny wpływ na zdrowie. Jak wykazały badania u ludzi, którzy zmniejszyli dostawy sodu o ok. 1000 mg dziennie, zanotowano wprawdzie obniżenie ciśnienia, ale równocześnie zwiększyło się tętno i zmniejszyła wrażliwość na insulinę, co zwiększa ryzyko cukrzycy.
6. Czarnoskórzy są wrażliwsi na sól
To prawda!
Jedną z przyczyn zamieszania wokół soli jest... struktura demograficzna USA. To tam ma swoje źródła histeria na punkcie soli. Wzięła się ona częściowo stąd, że amerykańskie badania muszą brać pod uwagę przedstawicieli wszystkich ras zamieszkujących Stany Zjednoczone.
Kłopot w tym, że układ krwionośny czarnoskórych mieszkańców Ameryki jest wrażliwszy na działanie sodu niż u przedstawicieli rasy kaukaskiej. Nawet zalecenia amerykańskiego Ośrodka Kontroli Chorób (CDC) uwzględniają tę różnicę, wskazując, że zalecana dzienna dawka sodu dla zdrowych, dorosłych Afroamerykanów wynosi jedynie 1500 mg, podczas gdy biali mogą jeść 2300 mg.
7. Solą można zabić
To prawda!
Wcale nie chodzi o to, że jeśli będziesz nadużywał soli, to w końcu ciśnienie tak Ci się podniesie, że za kilkadziesiąt lat umrzesz na wylew. Sól, jak zresztą wiele innych używanych na co dzień substancji, po przekroczeniu pewnej dawki jest już trucizną.
Najmniejsza znana dawka soli, która doprowadziła do śmierci, to zaledwie 1 g na kilogram masy ciała w ciągu godziny. To był jednak przypadek skrajny. Przeciętnie, żeby kogoś zabić, trzeba by go zmusić do zjedzenia ok. 200 gramów. Ze względu na smak trudno by to było jednak zrobić niepostrzeżenie.
8. Sól może być lekarstwem
To prawda!
Nie tylko może, ale jest już od dawna. Chlorek sodu był wykorzystywany do dezynfekcji ran przez Egipcjan, starożytni Grecy pili solone mleko, żeby poprawić sobie nastrój, a Rzymianie stosowali okłady z roztworów soli na choroby skóry i jako środek wymiotny. Żydowski lekarz Maimonides uważał, że posolony chleb jest niemal panaceum.
W czasach nowożytnych sól w różnych postaciach również była powszechnie stosowana i stosuje się ją do dziś, głównie wykorzystując jej antyseptyczne i przeciwzapalne właściwości. Gdy lekarz proponuje Ci płukanie bolącego gardła solą, chodzi właśnie o to, by zmniejszyć ilość obecnych w nim bakterii, nawilżyć i złagodzić stan zapalny. Wdychanie drobinek soli skutecznie zapobiega skurczom oskrzeli w przebiegu astmy.

sobota, 1 marca 2014

Antybiotyki prosto z natury.

Po antybiotyki sięgamy zdecydowanie zbyt często, co może mieć poważne konsekwencje dla naszego zdrowia. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest wprowadzenie do jadłospisu naturalnych produktów, których działania bywa znacznie silniejsze i skuteczniejsze od syntetycznych farmaceutyków. 


Kapusta kiszona

Już starożytni Rzymianie mieli zwyczaj kiszenia kapusty, dostrzegając w tak przetworzonym warzywie naturalne lekarstwo na wiele dolegliwości. Trudno wyliczyć wszystkie korzyści wynikające z jedzenia
kapusty kiszonej, bogatej w witaminy: C, P, B6, B12, PP oraz sole mineralne, sód, wapń, potas, fosfor, magnez, żelazo i siarkę. Kiszona kapusta wpływa na wzmocnienie organizmu, a także jest bardzoskuteczna w walce z przeziębieniem czy grypą. Niszczy również groźne bakterie i wirusy (m.in. gronkowca złocistego), jednocześnie wspomagając rozwój naturalnej flory bakteryjnej w jelitach. Kapusta potrafi regulować temperaturę ciała. W przypadku zbyt wysokiej ciepłoty obniża ją, w przypadku zbyt niskiej - podwyższa.

Czosnek

Niezastąpiony dodatek do wielu potraw i znakomite... lekarstwo. Czosnek okazuje się skuteczny w walce z infekcjami bakteryjnymi, wirusowymi oraz pasożytniczymi. To zasługa allicyny - organicznego związku chemicznego, który wykazuje silniejsze działanie antybiotyczne niż penicylina czy tetracyklina, co udowodniono badaniami laboratoryjnymi. Czosnek wykorzystywany jest w leczeniu bólu gardła, przeziębień, grypy, infekcji oskrzeli i płuc, a także przewodu pokarmowego. Wspomaga także odbudowanie przyjaznej mikroflory po terapiach antybiotykowych.
Najlepsze efekty uzyskuje się poprzez zjedzenie surowego, zmiażdżonego ząbka czosnku.

Dzika róża

Owoce tego popularnego w Polsce krzewu od wieków są chętnie wykorzystywane w kuchni, a wytwarzane z nich dżemy, konfitury, soki, wina czy nalewki zadowolą gusta najwybredniejszych smakoszy. Stanowią także prawdziwą "bombę witaminową". Dostarczają witamin: B1, B2, E, K i PP, a szczególnie C (już 2-3 owoce mogą pokryć dzienne zapotrzebowanie dorosłego człowieka). Znajdziemy w nich także dużo bioflawonoidów, karotenoidów, garbników, pektyn, kwasów organicznych (w tym cytrynowego i jabłkowego), olejków eterycznych i soli mineralnych. Nic dziwnego, że dzika róża bardzo dobrze wpływa na nasze zdrowie. Działa wzmacniająco na organizm, jest polecana w chorobie przeziębieniowej i infekcjach układu oddechowego.

Cebula

Podstawowe warzywo niemal w każdej kuchni na świecie i jedna z najczęściej stosowanych jarzyn w polskiej medycynie ludowej. Sokiem z cebuli już przed wiekami leczono kaszel, chrypkę czy przeziębienia. Jej fantastyczne właściwości to zasługa dużej dawki witaminy C, bardzo skutecznej w walce z infekcjami. W warzywie znajduje się również inna cenna substancja - siarczek dwuallilu, która wykazuje silne działanie bakteriobójcze, rozgrzewające i oczyszczające organizm.
Cebulę najlepiej spożywać na surowo, co dodatkowo poprawia przemianę materii, trawienie i perystaltykę jelit.

Żurawina

Leśny owoc sprawdza się w walce z infekcjami, co zawdzięcza dużej zawartości organicznych związków chemicznych - tanin. Dzięki nim żurawina jest naturalnym antybiotykiem, zwalczającym groźne bakterie, np. E. coli. Dzięki błonnikowi ten przysmak przyspiesza perystaltykę jelit, usuwa zaparcia oraz wspomaga rozwój bakterii jelitowych, które odgrywają ważną rolę w oczyszczaniu organizmu z toksyn.
Spożywanie soku, galaretki czy konfitury z żurawiny podnosi także poziom przeciwutleniaczy (według niektórych badań nawet o 120 procent!), przyczyniając się zmniejszenia ryzyka nowotworów, choroby Parkinsona i Alzheimera czy reumatyzmu.

Oregano

Wielkim fanem tej przyprawy był "ojciec medycyny", czyli Hipokrates, który odkrył, że aromatyczna roślina jest silnym naturalnym antybiotykiem i stosował ją do łagodzenia dolegliwości związanych z wieloma chorobami. Współczesne badania wykazały, że oregano zawdzięcza właściwości przede wszystkim olejkom eterycznym, garbnikom, a także flawonoidom - związkom charakteryzującym się silnym działaniem antyoksydacyjnym i przeciwnowotworowym, usuwającym z organizmu wolne rodniki, które mogą uszkadzać tkanki i przyspieszać proces starzenia się organizmu.
Substancje zawarte w oregano niszczą bakterie z rodziny: E. cola, Salmonella, Listeria, Staphylococcus, Pseudomonas oraz wiele innych. Skutecznie walcza też z wirusami (m.in. opryszczki) i grzybami (Candida).

Cynamon

Uchodzi za najstarszą przyprawę świata. Wzbogaca smak wielu deserów i napojów, stanowi również obowiązkowy składnik słynnych aromatycznych mieszanek, m.in. curry. Cynamon wykazuje także duże właściwości zdrowotne, co zawdzięcza aldehydowi cynamonowemu - substancji działającej antybakteryjnie i antygrzybiczo.
Przyprawa świetnie radzi sobie w walce z bakteriami E.coli (przyczyna zakażeń dróg moczowych, a nawet sepsy) czy Helicobacter pylori (wywołują przewlekłe zapalenie żołądka oraz owrzodzenia prowadzące do zmian nowotworowych). Przynosi również ulgę w mięśnio- i nerwobólach, działa przeciwzapalnie.

Miód manuka

Naturalnym antybiotykiem jest każdy rodzaj miodu, ale za najskuteczniejszy środek uchodzi produkt uzyskiwany z nektaru kwiatów krzewu rosnącego na Nowej Zelandii i w południowych regionach Australii. Odkryto w nim bowiem wielokrotnie większe stężenie methylglyoxalu - aktywnej substancji o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwzapalnym.
Dzięki temu miód manuka zwiększa odporność organizmu, minimalizuje wystąpienie stanów zapalnych oraz hamuje rozwój bakterii, np. Helicobacter pyroli - odpowiedzialnej za występowanie wrzodów żołądka. Do tej pory nie odnotowano skutków ubocznych spożywania tego miodu, dlatego uważa się go za bardzo bezpieczne urozmaicenie codziennej diety.

Imbir

Jedna z najstarszych roślin leczniczych, będąca jednocześnie znakomitą przyprawą. Pochodzi z tropikalnych regionów Azji i Oceanii. Wykorzystujemy podziemne kłącza imbiru, zwane w medycynie azjatyckiej "gorącym korzeniem", powodującym "ogień w ciele".
Przyprawa działa też przeciwzapalnie, zmniejsza ból i sztywności stawów. - Leczy także przeziębienia, migreny czy infekcje, ma właściwości odkażające i odświeżające, a herbatkę z imbiru można wykorzystać do płukania bolącego gardła.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Czy złe tłuszcze są naprawdę złe?

Od dziesięcioleci słyszymy, że nasycone tłuszcze zatykają tętnice i powodują choroby serca. Jest tylko jeden problem: nikt tego nigdy nie udowodnił. Sprawdżmy więc czy mamy do czynienia z Wielkim Tłustym Kłamstwem.
Wyobraź sobie, że zostałeś zmuszony do przestrzegania diety, która pozwala Ci jeść tylko czerwone mięso i pełne mleko. W sumie ta dieta składa się przynajmniej w 60% z tłuszczu, z czego połowę stanowią tłuszcze nasycone. Zanim pomyślisz, że taka dieta błyskawicznie Cię zabije, przeczytaj najpierw ciekawą historię o Masajach - plemieniu nomadów zamieszkujących tereny Kenii i Tanzanii. W latach 60. XX wieku dr George Mann, naukowiec z Vanderbilt University, odkrył, że mężczyźni z tego plemienia stosują właśnie tę dietę (uzupełnioną krwią bydła, które hodowali). Jak się okazało, byli oni nie tylko bardzo szczupli, ale również mieli najniższy poziom cholesterolu, jaki kiedykolwiek stwierdzono u ludzi. Co więcej - praktycznie nie występowały wśród nich choroby serca. Zaskoczeni tym odkryciem naukowcy stwierdzili, że plemię to musi mieć jakieś genetyczne uwarunkowania obronne przed wysokim poziomem cholesterolu. Gdy jednak brytyjscy badacze przeprowadzili testy na grupie Masajów, którzy zamieszkali w Nairobi i zaczęli stosować bardziej nowoczesną dietę, okazało się, że nagle wzrósł u nich poziom cholesterolu. Podobne obserwacje przeprowadzono w innym plemieniu z terenów Kenii - Samburu oraz w plemieniu Fulani z Nigerii. Podczas gdy powyższe wyniki badań zdają się przeczyć prawdzie, że jedzenie tłuszczów nasyconych prowadzi do chorób serca, trzeba by się zastanowić, czy ta "prawda" jest "prawdziwa". Bo nie jest. Tak naprawdę to tylko hipoteza pochodząca z lat 50. XX wieku. Hipoteza, która nie została udowodniona.
Hipoteza z gruntu fałszywa
Pierwszy naukowy akt oskarżenia przeciwko tłuszczom nasyconym pochodzi z 1953 r. W tymże roku psycholog, dr Ancel Keys, opublikował pracę pt. "Arterioskleroza, problem współczesnego zdrowia publicznego", która wpłynęła na myślenie wielu ludzi. Keys napisał w niej, że podczas gdy ogólna liczba zgonów w USA spada, liczba zgonów spowodowanych chorobami serca stale rośnie. 
Wyjaśniając, dlaczego tak się dzieje, zaprezentował porównanie ilości spożycia tłuszczów oraz liczby zgonów spowodowanych chorobami serca w sześciu krajach: USA, Kanadzie, Australii, Anglii, Włoszech i Japonii. Amerykanie jedli największą ilość tłuszczów i mieli najwyższy wskaźnik śmierci w wyniku chorób serca. Japończycy jedli najmniej tłuszczów i najmniej z nich umierało na serce. Inne kraje plasowały się pomiędzy.
Według narodowych badań diety w tych krajach, im większe spożycie tłuszczów, tym więcej osób miało problemy z sercem. I na odwrót. Keys nazwał tę korelację "niezwykłym związkiem" i zaczął publicznie głosić, że jedzenie tłuszczów powoduje choroby serca.
W tym samym czasie wielu naukowców odnosiło się sceptycznie do rewelacji Keysa. Jednym z nich był dr Jacob Yerushalmy, twórca biostatystycznego programu absolwentów na University of California w Berkeley. W pracy z 1957 r. zwrócił on uwagę na to, że choć wymienione dane z powyższych 6 krajów zdawały się potwierdzać hipotezę Keysa, to tak naprawdę podobne dane zostały zebrane w 22 krajach.
Co się okazało? Kiedy zbadano informacje z nich wszystkich, okazało się, że domniemany związek między spożyciem tłuszczu i występowaniem chorób serca zniknął. Na przykład liczba zgonów spowodowanych chorobami serca w Finlandii była 24 razy większa niż w Meksyku, choć spożycie tłuszczów w obu tych krajach było podobne.
Kolejnym zarzutem wobec Keysa był fakt, że badał on stosunek tylko między tymi dwoma zjawiskami, co nie jest jasnym związkiem przyczynowo-skutkowym. Istniała więc możliwość, że jest inny czynnik, który powodował chorobę serca - niezmierzony lub niezauważony. Rzeczywiście, Amerykanie jedli więcej tłuszczów niż Japończycy. Ale jedli też więcej cukru, białego chleba i oglądali więcej TV.
Pomimo oczywistych słabych punktów w argumentacji Keysa, jego hipoteza wkrótce zaczęła być promowana przez American Heart Association (Amerykańskie Stowarzyszenie ds. Serca) i została podchwycona przez media. Oferowała zmartwionej opinii publicznej naukowe wyjaśnienie, dlaczego kraj dopadła epidemia chorób serca. "Ludzie powinni znać fakty - powiedział Keys w wywiadzie dla magazynu "Time", na którego okładce pojawił się w 1961 r. - Jeżeli potem sami będą się doprowadzać do śmierci, jedząc niezdrowe rzeczy - ich sprawa".
Tłuszcz szkodzi i chroni
Wyniki badań opublikowanych w 1970 r. uznaje się za kamienie milowe wśród osiągnięć Ancela Keysa, gdyż wydawały się wiarygodniejszym uzasadnieniem jego teorii. W badaniu tym Keys wykazuje, że w 7 wybranych przez niego krajach: USA, Japonii, Włoszech, Grecji, Jugosławii, Finlandii i Holandii spożywanie tłuszczu zwierzęcego było czynnikiem prowadzącym do wystąpienia chorób serca w przeciągu 5 lat.
Kolejną ważną rzeczą, którą stwierdził, był związek między wskaźnikiem całkowitego cholesterolu a śmiertelnością spowodowaną chorobami serca. To skłoniło go do konkluzji, że to tłuszcze nasycone w produktach pochodzenia zwierzęcego, a nie żadne inne tłuszcze, podnoszą poziom cholesterolu i prowadzą do chorób serca.
Zwolennicy hipotezy Keysa uznali jego badania za dowód na to, że jedzenie tłuszczów nasyconych prowadzi do zawałów. Ale dane wcale nie były wiarygodne, bo w 3 krajach (Finlandia, Grecja i Jugosławia) związku tego nie zaobserwowano. Na przykład we wschodniej Finlandii zaobserwowano pięć razy więcej przypadków śmiertelnych spowodowanych atakami serca i dwa razy więcej przypadków chorób serca niż w zachodniej części kraju, pomimo tego, że różnice w spożyciu tłuszczu zwierzęcego i poziomie cholesterolu pomiędzy tymi regionami były niewielkie.
Nie bacząc na to, Keys umieszczał te dane w swoim raporcie w taki sposób, jakby były ważnym odkryciem. Prawdopodobnie jednak większym problemem było jego założenie, że kwasy nasycone mają negatywny wpływ na poziom cholesterolu.
Choć istnieje więcej niż tuzin typów nasyconych kwasów tłuszczowych, ludzie najczęściej jedzą trzy z nich: kwas stearynowy, kwas palmitynowy i kwas laurowy. Ta "trójka" stanowi prawie 95% kwasów nasyconych znajdujących się w dużej porcji żeberek czy plastrze bekonu oraz prawie 70% w maśle i pełnym mleku. Obecnie już wiadomo, że kwas stearynowy nie ma wpływu na poziom cholesterolu.
W rzeczywistości ów kwas, znajdujący się w dużych ilościach w kakao i w tłuszczu zwierzęcym, jest przekształcany w wątrobie w jednonienasycony kwas tłuszczowy o nazwie kwas oleinowy. Ten sam zdrowy dla serca tłuszcz znajduje się w oliwie z oliwek. W rezultacie naukowcy uważają ten nasycony kwas tłuszczowy za nieszkodliwy, a może nawet potencjalnie korzystny dla zdrowia.
Wiadomo, że kwas palmitynowy i laurowy podnoszą poziom cholesterolu całkowitego. Ale istnieją fakty, o których rzadko się mówi: badania pokazują, że choć oba rodzaje tych nasyconych kwasów tłuszczowych podnoszą poziom cholesterolu LDL ("złego"), tak samo, a może nawet bardziej, wpływają na wzrost poziomu cholesterolu HDL ("dobrego"). A on redukuje ryzyko zachorowania na serce.
Dzieje się tak, ponieważ cholesterol LDL odkłada się na ścianach tętnic, a HDL go usuwa. Tym samym zwiększenie poziomu obu tych kwasów zmniejsza ilość złego cholesterolu we krwi na rzecz dobrego. To może wyjaśniać, dlaczego wiele badań wykazało, że stosunek cholesterolu HDL do LDL jest lepszym wskaźnikiem przy szłego zachorowania niż sam LDL.
Wszystko to jeszcze bardziej "zaciemnia" wersję Keysa o prostym związku między spożyciem tłuszczów nasyconych, cholesterolem i chorobami serca. Jeżeli tłuszcze nasycone nie podnoszą poziomu cholesterolu tak bardzo, żeby zwiększać ryzyko zapadalności na choroby serca, to zgodnie z metodą naukową hipoteza Keysa musi zostać obalona. A jednak w 1977 roku dalej była to obowiązująca teza.
W tym właśnie roku amerykański Kongres, w oparciu o opinię ekspertów żywieniowych popierających hipotezę Keys'a, zlecił rządowi opracowanie polityki propagującej dietę niskotłuszczową. Decyzja ta spotkała się z krytyką środowiska naukowego, między innymi ze strony Amerykańskiego Stowarzyszenia Medycznego. Przecież oficjalne poparcie dla diety niskotłuszczowej mogło zmienić nawyki żywieniowe najpierw milionów Amerykanów, a później setek milionów ludzi na całym świecie, a efekty takiej strategii były szeroko dyskutowane, chociaż nieudowodnione.
Lekceważone badania
Aby udowodnić prawdziwość hipotezy Keysa, wydano miliardy dolarów pochodzących z kieszeni podatników. Jednak żadne kolejne badanie nie przynosiło wystarczających dowodów na to, że spożywanie tłuszczów nasyconych powoduje choroby serca. Najświeższym przykładem jest Women's Health Initiative (Inicjatywa Zdrowia Kobiet), jak dotychczas największe i najdroższe (725 mln dol.) badanie dotyczące diety, zlecone przez amerykański rząd. Jego wyniki, opublikowane w 2006 roku, pokazały, że dieta uboga w tłuszcze, w tym tłuszcze nasycone, nie miała wpływu na zmniejszenie ryzyka chorób serca i wylewów w grupie około 20 tysięcy przebadanych kobiet, które stosowały tę dietę średnio przez 8 lat. Jednak opracowanie to, jak wiele innych, pomniejsza znaczenie własnych badań i zamiast tego wskazuje cztery badania, które wiele lat temu "znalazły" związek pomiędzy tłuszczami nasyconymi i chorobami serca. Z tego też powodu warto przyjrzeć się im bliżej.
• Badanie Los Angeles Va Hospital (1969). Zostało przeprowadzone na 850 mężczyznach i wykazało, że dla tych, którzy zastąpili tłuszcze nasycone tłuszczami wielonienasyconymi, prawdopodobieństwo śmierci z powodu choroby serca lub wylewu w ciągu 5 lat było mniejsze niż dla tych, którzy diety nie zmienili. Jednak większość z tych, którzy dietę zmienili, zmarło na raka, a średni wiek w chwili śmierci był w obu grupach taki sam. Co więcej, "z powodu niedopatrzenia" autorzy badania nie zebrali ważnych danych o paleniu papierosów od około 100 badanych. Podano też, że mężczyźni stosowali zalecaną dietę jedynie połowicznie.
• Badanie Oslo Diet-Heart (1970). Dwustu mężczyzn stosowało dietę ubogą w tłuszcze nasycone przez pięć lat, podczas gdy druga grupa jadła, co chciała. Stosujący dietę mieli mniej ataków serca, ale całkowita śmiertelność w obu grupach była taka sama.
• Badanie Finnish Mental Hospital (1979). Próba ta trwała od 1959 do 1971 i wydawało się, że udowodniła zmniejszenie zachorowalności na serce u pacjentów psychiatrycznych stosujących dietę obniżającą poziom cholesterolu. Ale eksperyment ten nie był właściwie kontrolowany - prawie połowa z 700 badanych dołączyła lub zrezygnowała z badania podczas 12 lat jego trwania.
• Badanie St. Thomas' Atherosclerosis Regression (1992). Tylko 74 mężczyzn ukończyło to 3-letnie badanie, przeprowadzone przez St. Thomas' Hospital w Londynie. Wykryło ono zmniejszenie ilości problemów z sercem u mężczyzn z chorobą serca, który przeszli na dietę niskotłuszczową. Jednak w tym przypadku istnieje jedno "ale" - dieta ta zakładała również ograniczenie cukru.
W 2000 r. międzynarodowa grupa uznanych naukowców o nazwie Cochrane Collaboration przeprowadziła metaanalizę literatury naukowej na temat diet obniżających poziom cholesterolu. Po zastosowaniu rygorystycznych kryteriów selekcji (aż 219 prac zostało odrzuconych) grupa ta przeanalizowała 27 badań przeprowadzonych na ponad 18 tys. uczestników. Choć autorzy szukali potwierdzenia tezy, że redukcja tłuszczu w diecie może prowadzić do zmniejszenia ryzyka chorób serca, opublikowane przez nich dane tak naprawdę pokazywały, że diety ubogie w tłuszcze nasycone nie miały znaczącego wpływu na śmiertelność ani nawet na zgony spowodowane atakami serca. "Byłem rozczarowany faktem, że nie znaleźliśmy nic pewnego" - mówi dr Lee Hooper, który prowadził badania grupy Cochrane. Jeżeli ta wyczerpująca analiza nie dostarczyła dowodu na niebezpieczeństwo spożywania tłuszczów nasyconych to, zdaniem Hoopera, prawdopodobnie dlatego, że przeanalizowane badania nie trwały wystarczająco długo, albo dlatego, że ich uczestnicy niewystarczająco ograniczyli spożycie tych tłuszczów. Oczywiście istnieje trzecia możliwość, o której Hooper nie wspomina: hipoteza Keys'a jest błędna.
Rozmiar jest ważny
Lekarz Ronald Krauss nie powiedziałby, że tłuszcze nasycone są dobre dla zdrowia. "Ale nie mamy też przekonujących dowodów na to, że są złe" - przyznaje. Przez 30 lat dr Krauss, adiunkt na wydziale nauk o żywieniu University of California w Berkeley, badał wpływ diety na choroby układu krążenia. Zwraca on uwagę na to, że podczas gdy niektóre badania pokazują, że rezygnacja z nasyconych tłuszczów na rzecz nienasyconych zmniejsza ryzyko choroby serca, nie oznacza to, że tłuszcze nasycone prowadzą do zatykania się naczyń krwionośnych. "Może to tylko sugerować, że tłuszcze nienasycone są zdrowszą opcją" - mówi. Dekadę temu kanadyjscy badacze ogłosili, że u mężczyzn z największą liczbą małych i zbitych odmian LDL ryzyko "zatkania" się tętnic jest 4 razy większe niż u tych, którzy mają ich mało. Jednak nie znaleźli podobnych związków w przypadku cząsteczek dużych i puszystych. Wyniki te zostały potwierdzone podczas kolejnych badań.Ale istnieje ciąg dalszy tej historii - w 1980 r. doktor Klauss i jego koledzy odkryli, że cząsteczki cholesterolu LDL nie są wcale tak "złe", jak się o nich zwykle myśli. Tak naprawdę występują one w kilku rozmiarach. Niektóre odmiany LDL są duże i puszyste, inne - małe i gęste. Ta charakterystyka jest ważna. Dr Krauss odkrył, że kiedy ludzie zamieniają dietę węglowodanową na dietę składającą się z tłuszczów nasyconych lub nie nasyconych, liczba małych, zbitych cząsteczek LDL spada. Prowadzi to do zaskakującego wniosku: zjedzenie na śniadanie jajek smażonych na maśle zamiast płatków zbożowych może w rzeczywistości zmniejszać ryzyko choroby serca. Mężczyźni częściej niż kobiety mają małe i zbite cząsteczki LDL. Jednak skłonność ta jest bardzo zmienna i według dra Kraussa może uaktywnić się, gdy ludzie stosują dietę wysokowęglowodanową i niskotłuszczową, a zniknąć, gdy zmniejszą ilość zjadanych węglowodanów i zwiększą ilość tłuszczów, również tych nasyconych.
"Jest grupa ludzi o wysokim ryzyku zachorowania na serce, która może dobrze zareagować na dietę niskotłuszczową - mówi doktor Krauss. - Ale większość zdrowych ludzi zdaje się czerpać bardzo mało korzyści z diet niskotłuszczowych, chyba że dodatkowo odchudzają się i ćwiczą. A jeżeli dieta o małej zawartości tłuszczów jest dodatkowo bogata w węglowodany, może to w rzeczywistości skutkować niekorzystnymi zmianami".
Choć dr Krauss jest często publikowany i bardzo poważany - dwukrotnie już sprawował urząd przewodniczącego komisji do spraw wskazówek żywieniowych opracowanych przez Amerykańskie Stowarzyszenie Serca - dalekosiężne implikacje jego badań nie zostały uznane.
"Naukowcy akademiccy wierzą, że tłuszcze nasycone są złe" - mówi dr Penny Kris-Etherton, wybitna profesor nauk o żywieniu z Penn State University, cytując jako dowód "wiele badań", które potwierdzają tę tezę. Kris-Etherton uważa, że "istnieje duża niechęć, aby zaakceptować dowody sugerujące, że prawda jest inna".
Złe tłuszcze czy złe nawyki?
Weźmy na przykład badanie z 2004 r., przeprowadzone na Harvard University na grupie starszych kobiet  z chorobą serca. Badacze odkryli, że im więcej tłuszczów nasyconych badane jadły, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że ich stan się pogorszy. Autor badania, doktor Dariush Mozaffarian, asystent w szkole zdrowia publicznego na Harvardzie, przypomina sobie, że zanim praca została opublikowana w "American Journal of Clinical Nutrition", napotkała na ogromną niechęć pism medycznych.
"W dziedzinie żywienia bardzo trudno jest opublikować coś, co jest w sprzeczności z ustalonym dogmatem" - twierdzi Mozaffarian. - Dogmat mówi, że tłuszcze nasycone są szkodliwe, ale według mnie nie jest to oparte na jednoznacznych dowodach".
Mozaffarian uważa, że naukowcy powinni być otwarci. "Nasze odkrycie nas zaskoczyło. Ale kiedy zdarza się odkrycie, które przeczy ustalonym tezom, nie powinno być zatajane, tylko właśnie rozpowszechniane i badane jeszcze dogłębniej" - uważa. Prawdopodobnie to uprzedzenie w stosunku do tłuszczów nasyconych jest najbardziej widoczne w badaniach diet niskowęglowodanowych. Diety te budzą kontrowersje, bo zakładają nieograniczone spożycie tłuszczów nasyconych. W efekcie zwolennicy Keysa stwierdzili, że dieta niskowęglowodanowa zwiększa ryzyko chorób serca, choć opublikowane badania wcale tego nie potwierdzają. Na przykład podczas nowego, 12-tygodniowego badania naukowcy z University of Connecticut zalecili mężczyznom i kobietom z nadwagą stosowanie diety niskowęglowodanowej lub niskotłuszczowej. Badani na diecie niskowęglowodanowej spożywali 36 g kwasów nasyconych dziennie (22% całodziennej ilości kalorii), czyli ponad trzykrotnie więcej niż badani na diecie niskotłuszczowej. Pomimo tak znaczącego spożycia tłuszczów nasyconych u ludzi na diecie niskowęglowodanowej, zarówno ilość małych i zwartych cząsteczek cholesterolu LDL, jak i stosunek HDL do LDL zmniejszyły się w większym stopniu niż u tych na diecie niskotłuszczowej. Co więcej, poziom trójglicerydów zmniejszył się o 51% w pierwszej grupie, a w drugiej tylko o 19%.Gdy ludzie stosujący dietę niskowęglowodanową zostali porównani do tych na diecie niskotłuszczowej, ci pierwsi wypadali znacznie lepiej w badaniach markerów chorób serca, m.in.: małych i zwartych cząsteczek cholesterolu LDL, stosunku HDL do LDL oraz poziomu trójglicerydów, które są wskaźnikiem ilości tłuszczu we krwi. Odkrycie to jest niewiele warte, ponieważ mimo że cholesterol jest najczęściej cytowanym czynnikiem ryzyka w przypadku chorób serca, to poziom trójglicerydów może być równie istotny. Podczas trwającego 40 lat badania, przeprowadzonego na University of Hawaii, naukowcy odkryli, że niski poziom trójglicerydów u ludzi w średnim wieku wskazywał na "wyjątkową żywotność", zdefiniowaną jako możliwość dożycia 85 lat bez poważnych chorób.  Według autora badania, dra Jeffa Voleka, istnieją dwa czynniki, które wpływają na ilość tłuszczu krążącego po żyłach. Pierwszym z nich jest niewątpliwie ilość zjadanego tłuszczu. Ale drugi, ważniejszy czynnik nie jest już tak oczywisty. Okazuje się bowiem, że organizm wytwarza tłuszcz z węglowodanów. Oto, jak to działa: węglowodany, które zjadasz, wnikają w układ krwionośny jako cukry. Gdy rośnie spożycie węglowodanów, rośnie też poziom cukru we krwi. To z kolei powoduje produkcję insuliny. Rolą tego hormonu jest utrzymywanie poziomu cukru we krwi w normie, ale też informowanie organizmu o konieczności gromadzenia tłuszczu. W rezultacie wątroba zaczyna przekształcać nadmiar cukru w tkankę tłuszczową. To pozwala wyjaśnić, dlaczego uczestnicy badania Voleka, będący na diecie niskowęglowodanowej, mają większe straty tłuszczu, czyli chudną bardziej efektywnie. Ograniczenie węglowodanów pozwala utrzymać niski poziom insuliny, co zmniejsza wewnętrzną produkcję tłuszczu i pozwala zmienić więcej zjadanego tłuszczu w energię. Ale nawet te nowe dane i brak naukowego potwierdzenia hipotezy Keysa nie zmieniły podejścia Amerykańskiego Stowarzyszenia Serca do tematu, ponieważ w najnowszych wskazówkach żywieniowych tej organizacji zaleca się ograniczenie spożywania tłuszczów nasyconych nie do 10%, jak było wcześniej, ale do 7% lub mniej dziennego spożycia kalorii.
"Celem było zachęcenie ludzi do nawet większych ograniczeń, ponieważ istnieje linearny związek pomiędzy spożyciem tłuszczów nasyconych i poziomem cholesterolu LDL" - mówi doktor Alice H. Lichtenstein, przewodnicząca komisji żywieniowej stowarzyszenia, która wydała tę rekomendację.
A co z odkryciami Kraussa, które stwierdzały, że cząsteczki LDL bywają różne? Lichtenstein odpowiada, że komisja nie zajmowała się nimi, ale może w przyszłości to zrobi.
A może jest tak, że to nie złe jedzenie powoduje choroby serca, tylko złe nawyki? Przecież także uczestnicy badania Voleka, którzy stosowali bogatą w węglowodany dietę niskotłuszczową, mieli niższy poziom trójglicerydów. "Najważniejsze było to, że nie przejadali się - mówi Volek. - To pozwalało używać węglowodanów jako źródła energii, a nie zamieniać je w tłuszcz". I może to jest najważniejsza konkluzja. Jeżeli stale jesz więcej kalorii, niż spalasz - tyjesz, a ryzyko choroby serca wzrasta. Niezależnie od tego, czy wolisz jeść tłuszcze nasycone, węglowodany, czy jedno i drugie. Ale jeśli prowadzisz zdrowy tryb życia - nie masz nadwagi, nie palisz, regularnie ćwiczysz - to, co jesz, może mieć mniejsze znaczenie. A jak wynika z badań Voleka i Kraussa, dieta, której celem jest pozbycie się nadwagi lub utrzymanie właściwej masy ciała, w której węglowodany zostaną zastąpione tłuszczami (nawet tymi nasyconymi), będzie redukowała ryzyko wystąpienia choroby serca bardziej niż dieta niskotłuszczowa i wysokowęglowodanowa.
"Nie chodzi o to, żebyś objadał się masłem, bekonem i żółtym serem - mówi Volek. - Chodzi o to, że nie istnieją naukowe dowody na to, iż naturalne produkty zawierające kwasy nasycone nie mogą lub nie powinny być elementem zdrowej diety".
Tłuszcze nasycone: krótki przewodnik
Tłuszcze, które jesz, nie powinny pochodzić z batoników, ciastek i ciast, tylko z produktów zdrowych i naturalnych. Co więcej - trzeba pamiętać, że kalorie dalej są ważne. Wiedząc to wszystko, przedstawiamy Ci produkty, do jedzenia których spokojnie możecie wrócić, pod warunkiem że ich porcje będą miały rozsądne rozmiary.
• Pełnotłusty nabiał. Badacze z Cornell University odkryli, że ludzie prawdopodobnie zjadają więcej kalorii w produktach o obniżonej zawartości tłuszczu niż w ich pełnowartościowych wersjach. Wybieraj takie mleko, ser i śmietanę, które Ci smakują, a nie pod kątem zawartości tłuszczu.
• Tłuste mięso. Tłuszcz z żeberek może zwiększyć ilość kalorii w posiłku, ale także pobudza organizm do produkcji CCK - hormonu, który powoduje, że dłużej czujesz się najedzony.
• Skóra z kurczaka. Nie mówimy o tej panierowanej i smażonej. Ale pozostawienie skóry na pieczonej piersi nie tylko powoduje, że smakuje ona lepiej, ale też dostarcza połowę dawki dziennego zapotrzebowania na selen - jeden z głównych minerałów, który chroni przed rakiem.
• Masło. Zjedzenie bochenka chleba grubo posmarowanego masłem nie jest zdrowe. Ale badania wykazały, że odrobina masła na warzywach pozwala lepiej przyswajać ich składniki odżywcze.
• Jajka. Najnowsze badania wykazały, że spożywanie jaj nie zwiększa ryzyka chorób serca, a składniki żółtka wpływają korzystnie na zdrowie. Co więcej, w jajku znajduje się komplet aminokwasów, których potrzebują mięśnie, aby rosnąć.
Sam sprawdź, czy grozi ci zawał
Twój poziom cholesterolu LDL jest częściej niski czy wysoki? Wiedza na ten temat pozwoli Ci określić ryzyko zapadalności na choroby serca. Dlaczego? Kiedy cząsteczka cholesterolu LDL zmniejsza się, jej powierzchnia staje się bardziej "lepka". Zwiększa to prawdopodobieństwo, że przyczepi się do wewnętrznych ścian tętnic. Twój lekarz prawdopodobnie nie sprawdzi rozmiaru cząsteczek LDL, ale możesz to zrobić samodzielnie, dzieląc wartość trójglicerydów przez poziom cholesterolu HDL:
Trójglicerydy / cholesterol HDL = rozmiar cząsteczki LDL
Badacze z Albert Einstein College of Medicine odkryli, że im wyższa jest ta wartość, tym mniejszy rozmiar cząsteczki LDL. Rzeczywiście - u 83% ludzi, których wynik wynosił 3,8 lub więcej, przeważały małe, gęste cząsteczki LDL. Sytuacja była podobna tylko u 11% ludzi, u których wynik ten był niższy.

piątek, 21 lutego 2014

Kasza jaglana - pogromca tłuszczu.

Odkwasza i oczyszcza organizm, dodaje energii, wzmacnia odporność oraz dostarcza cennych substancji odżywczych – kasza jaglana to bez wątpienia jeden z najwartościowszych produktów naturalnych. Warto wziąć przykład z naszych przodków i wprowadzić ją do jadłospisu. Tym bardziej, że jest nie tylko zdrowa, ale także smaczna. Kaszę jaglaną, zwaną przed wiekami „krupami” lub „jagłami”, uzyskuje się z łuskanych ziaren prosa – najstarszej rośliny uprawianej przez człowieka, o czym świadczą archeologiczne znaleziska z epoki neolitu. Skarbnica krzemu „Jagły” to jedyna kasza wykazująca działanie zasadotwórcze, dzięki czemu może odegrać znaczącą rolę w przywracaniu równowagi kwasowo-zasadowej organizmu, „zakwaszonego” przez produkty dominujące w naszej diecie, czyli mięso, nabiał, cukier oraz używki – kawę i alkohol. Innym zasługującym na docenienie wyróżnikiem kaszy jaglanej jest wysoka zawartość krzemu. Większość ludzi cierpi na niedobór tego minerału, rzadko występującego w naszych posiłkach. Tymczasem zapewnia on zdrowy wygląd skóry, włosów i paznokci, a także utrzymuje w dobrym stanie naczynia krwionośne, zapobiegając odkładanie się w nich cholesterolu. Krzem pozytywnie wpływa na stawy, ponieważ odgrywa ważną rolę w procesie mineralizacji kości. Zapobiega ich odwapnianiu oraz przyspiesza regenerację po urazach. Kasza jaglana to również skarbnica innych cennych pierwiastków, m.in. żelaza (podstawowy składnik hemoglobiny, odpowiadający m.in. za przechowywanie i transportowanie tlenu w czerwonych krwinkach), magnezu (sprzyja obniżeniu poziomu stresu, przywraca równowagę psychiczną i działa kojąco na nerwy) oraz miedzi (reguluje aktywność wielu enzymów). Pogromca tłuszczu Wśród innych kasz, jaglana wyróżnia się także niezwykle dużą zawartością witamin z grupy B, które wspomagają układ odpornościowy, poprawiają samopoczucie, pomagają w prawidłowym funkcjonowaniu mózgu i są niezbędne w procesie przemiany białek. Kasza jaglana dostarcza solidnej dawki „pogromcy tłuszczu”, czyli lecytyny, rozbijającej spożywane tłuszcze oraz cholesterol na małe cząstki i zapobiegającej przyczepianiu się ich do ścianek naczyń, tym samym redukując odkładanie tzw. blaszki miażdżycowej. Lecytyna dobrze działa na wątrobę, m.in. chroni przed tworzeniem się kamieni żółciowych. Wpływa również na pamięć i koncentrację. Kasza jaglana zawiera też antyoksydanty (chronią organizm przed atakiem wolnych rodników, które przyspieszają proces starzenia i zwiększają ryzyko nowotworów) i tryptofan – aminokwas podnoszący poziom serotoniny i pomagający w walce ze stresem. „Jagły” dostarczają pełnowartościowego białka, za to nie zawierają glutenu, dlatego kaszę mogą spożywać osoby wykazujące jego nietolerancję. Zdrowy kleik Kasza jaglana od wieków jest uznawana za świetne remedium na wiele schorzeń. Nasi przodkowie podawali ją osobom przeziębionym czy osłabionym chorobą. Kleik z kaszy jaglanej powinien znaleźć się w diecie ludzi cierpiących z powodu dolegliwości przewodu pokarmowego, wątroby, dróg żółciowych czy nerek oraz rekonwalescentom po operacjach. „Jagły” to doskonałe źródło energii, co jest efektem wysokiej zawartości skrobi. 100 g kaszy dostarcza organizmowi około 350 kalorii. Produkt ma też dość wysoki indeks glikemiczny (po ugotowaniu wynosi 71), co może niepokoić osoby dbające o linię. Na szczęście kasza – dzięki krzemowi – poprawia przemianę materii i jest lekkostrawna. Poza tym działa oczyszczająco, a także usuwa z organizmu toksyny. Kasza może być bardzo efektywnym posiłkiem śniadaniowym. Wystarczy ugotować ją w wodzie wymieszanej pół na pół z mlekiem i dodać trochę bakalii. Smak potrawy warto też wzbogacić smażonymi jabłkami oraz szczyptą cynamonu. Kaszę można również podać na obiad, zamiast ziemniaków lub makaronu. Nadaje się także do farszu w kotletach i gołąbkach albo zagęszczania zup. Pamiętajmy, że produkt przechowywać w hermetycznym pojemniku, w chłodnym, suchym i ciemnym miejscu.